Chyba nikogo nie zaskoczę pisząc, że bez ogromnego nakładu pracy ciężko jest cokolwiek osiągnąć. Wiadomo, że wszystko zależy od osoby i od tego, czym dysponuje na starcie, aczkolwiek nie można zdobyć czegoś o czym marzymy bez żadnego wysiłku. Czasem patrzymy z zawiścią na znajomych, którzy wydają się mieć wszystko podsunięte pod leniwy nos, a czasem zazdrościmy samym sobie, że jesteśmy w lepszej pozycji niż cioteczna kuzynka brata ojca. Tak czy owak, wszystko sprowadza się do jednego - świat oczekuje od nas chociaż minimalnych wyrzeczeń.
Celem, marzeniem, problemem i przekleństwem dla znacznej części ludzkości jest ich własna sylwetka - a ja, niestety, należę do tej pokaźnej grupy. Nie zgotowałam sobie sama takiego losu; wszelkie zasługi mają w tym moi znajomi z czasów wczesnego dzieciństwa, którzy postawili sobie za punkt honoru odnalezienie kozła ofiarnego w swoim towarzystwie. Padło na mnie, bo - cóż, nie oszukujmy się - trochę odbiegałam od normy; zarówno w kwestii wzrostu, jak i wagi. No i nie broniłam się najlepiej, więc byłam dosyć łatwym łupem.
Po wielu latach wiem, że gdyby nie oni, nie miałabym wielu problemów; z którymi, notabene, borykam się do dzisiaj. Przechodzę przez piekło, z którego nie ma wyjścia. Te głupie docinki, o których oni już teraz nie pamiętają, pozostaną na zawsze we mnie. Już zawsze będę walczyła z nienawiścią do swojego ciała i zawiścią, że tyle rzeczy mnie ominęło. Nie ma nic gorszego od świadomości, że byłoby się zupełnie inną osobą, gdyby nie ciało, w którym żyjesz. Nie ma niczego bardziej żenującego od odkładania wszystkiego na dopiero-jak-schudnę, jednocześnie wcale nie wierząc, że to się wydarzy.
Podczas kiedy dla moich kumpeli lato kojarzy się ze słynnym leżing, plażing i smażing, dla mnie oznacza tylko kombinowanie jak koń pod górkę, aby tylko nie pokazać się w bluzce na ramiączkach lub - uchowaj Boże! - stroju kąpielowym. Moi znajomi po prostu nie są w stanie zrozumieć, że podczas gdy dla nich wyjazd nad jezioro jest świetną zabawą, dla mnie jest największą na świecie udręką; co mam założyć, żeby nie wyglądać za grubo?; kąpać się w koszulce czy bez?; co odpowiedzieć, jeśli negatywnie skomentują mój wygląd?
Nienawidzę cudzego dotyku. Nienawidzę. Wcale nie dlatego, że tego nie lubię - po prostu brzydzę się swojego cielska i nie chcę, aby ktokolwiek je dotykał. Kiedy czuję nas sobie dłoń któregokolwiek z chłopaków, cała sztywnieję - a te czubki myślą, że zgrywam cnotkę. Najśmieszniejsze - i zarazem najbardziej żałosne - jest to, że zaraz po nich dotykam to samo miejsce i zastanawiam się, co mogli poczuć i pomyśleć.
Pewnie, że staram się schudnąć - i to z całkiem niezłym wynikiem; no bo, hej, kto z was przytył 20 kilogramów w cztery lata, będąc CIĄGLE na diecie? Zakładam, że chcecie się dowiedzieć co to była za dieta - więc nadstawcie oczu: tygodniowe głodówki, ćwiczenie do utraty przytomności, codzienne mdłości i (gwóźdź programu!) wymioty. Jakby na to nie spojrzeć, full wypas.
Dlatego mam ochotę zapoznać z moją tłustą pięścią każdego, kto ze stoickim spokojem i ogromnym zdziwieniem, że jeszcze na to nie wpadłam, wypowiada najbardziej bolesne zdanie - "No to zrób coś z tym; ćwicz, jedz mniej... (w tym momencie zaczyna się cała litania rzeczy, które powinnam robić, a których nie)". Ludzie, serio - czy wy jesteście AŻ tak ograniczeni, czy po prostu lubicie zgrywać dupków? Naprawdę myślicie, że osoba dla której odchudzanie jest nierozerwalną częścią jej życia i która NIE posiada wspomnień, z którymi nie wiązałaby się nienawiść do własnego ciała, nigdy nie starała się zrzucić balastu?
Niewyobrażalnie trudno jest siedzieć w tym wszystkim samemu.
Nie znam Cię i nic o Tobie nie wiem, ale mam ochotę Cię mocno przytulić i wyściskać (chociaż to może być trudne, ale rozumiem Twoją nienawiść do cudzego dotyku). Nie mam co prawda problemów z wagą, ale z innymi rzeczami dotyczącymi mojego wyglądu i zachowania i doskonale wiem jak to jest być traktowanym gorzej tylko z jednej przyczyny. Szkoda tylko tego, kim jesteśmy w środku, bo nikt nie widzi człowieka, tylko to jakie jest jego zewnętrzne "opakowanie". A te złote rady pt. "tak niewiele musisz zrobić żeby się zmienić"... dobrze wiem co czujesz.
OdpowiedzUsuńDziękuję Ci za ten komentarz.
UsuńNie mogę zrozumieć dlaczego ludzie są tak ograniczeni, że nie widzą niczego poza czubkiem swojego nosa; nigdy nie chciałabym być tak zimna.
A z kolei kedy próbujesz im coś wytłumaczyć, to masz wrażenie, że walisz grochem o ścianę. Idzie zwariować.
same here; trafiłam tu zupełnie przypadkiem i przyznam, że dawno nie zdarzyło mi się podczas czytania czyichś słów poczuć, że mogłam wypowiedzieć je także ja. czy podasz mejla, bym mogła się na niego odezwać i nawiązać kontakt? i pozdrowienia z krakowa.
OdpowiedzUsuńnadja.malis@gmail.com :)
UsuńNie będę pisać znów, że widzę w tym siebie - to by stało się już nudne.
OdpowiedzUsuńNajgorsze jest to, jak poznajesz nowych ludzi a oni nie patrząc na to, jaka jesteś od razu Cię skreślają. Nawet nie próbują poznać. A jak tylko się dowiedzą, że coś lubisz, od razu to hejtują i zaczynają się dogryzki. Pomimo tego, że sami to lubią.
W sumie nawet nie wiem jak inni mnie teraz odbierają; mam wrażenie, że wszystko jednak siedzi w mojej głowie, a nie na zewnątrz. Po kilku rozmowach zrozumiałam, że ludzie patrzą na mnie jak uśmiechniętą, pomocną i życzliwą dziewczynę, która żyje nieomal bez problemów.
OdpowiedzUsuńDużym ułatwieniem jest dla mnie to, że nauczyłam się dobierać tak ciuchy, żeby nie było widać po mnie tych nadprogramowych kilogramów i czasem aż sama jestem pod wrażeniem własnych umiejętności. Oczywiście zawsze będę widziała w sobie coś obrzydliwego, ale dzięki niektórym sztuczkom będzie to obrzydliwość w mniejszej skali.
Co nie zmienia faktu, że nie mam co "marzyć" o należeniu do jakiejś szkolnej elitki modelkowatych dziewczyn i ich keno-podobnych chłopaków. Nie żeby mi na tym zależało, bo wolę grono zaufanych osób od zakłamanej bandy idiotów, którzy tylko dobrze wyglądają.