sobota, 18 sierpnia 2012

short trip.

Siedzę w naszej cudownej (ah, ironio!) stolicy z wujostwem (albo - w gwoli ścisłości - stryjostwem) i rozkoszuję się ostatnimi dniami wakacji (chrijehcfijhefijhcijdehijdec). Dzięki wrodzonemu talentowi do przemycania pieniądzów (z którego nie jestem dumna, bynajmniej) uzbierałam całkiem pokaźną sumkę na zakupy - więc poprawiłam sobie humor wymarzonymi koturnami, chustą i bluzką. W przypływie krótkotrwałego szczęścia chciałam zainwestować w kosmetyki z Maybelline, ale Arkadia chyba wypięła się na tą markę, bo w żadnym kosmetycznym sklepie nie mogłam znaleźć nawet złamanej kredki do oczu z ich logo; co ma też swoje dobre strony, ponieważ nie wydałam wszystkich oszczędności pierwszego dnia.
Wracając do ironii z początku wpisu - nigdy nie przepadałam za Warszawą i nigdy za nią przepadać nie będę, bo jako rodowita Poznanianka mam zakodowaną we krwi nienawiść do tego miasta. Oczywiście owa niechęć nie ma żadnych logicznych lub udekumentowanych podstaw (poza tą jedną, mówiącą że tylko samobójca wyszedłby na zapełniony kibolami stadion Legii i zaczął skandować hymn Kolejorza), jednak nie wiem co musiałoby się stać, abym bez bólu serca i wątroby przeprowadziła się do stolicy - nie wątpię, że dokładnie to samo powiedziałby każdy szanujący się mieszkaniec Warszawy. Zastanawiam się tylko, dlaczego podobna rywalizacja nie rozwinęła się pomiędzy Zakopanem i Wrocławiem albo Gdańskiem i Międzyzdrojami?

Btw. właśnie opycham się orzechowymi ciasteczkami i istnieje spora szansa na to, że zaraz wyjdą mi pępkiem. Generalnie, jakby kto pytał, byłam dzisiaj na najlepszym sushi jakie kiedykolwiek miałam okazję skosztować. Ku mojej uciesze, ta sama knajpka istnieje w Poznaniu, więc czym prędzej ją sprawdzę. 
Ah, i spotkałam Rysia z Klanu! Cholera, żebym ja tylko wiedziała jak ten aktor się zwie, to bym podeszła i zagadała.

Te ciastka naprawdę zaraz wyjdą mi pępkiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz