Cała papierkowa robota dotycząca wyjazdu do USA jako exchange zacznie się dopiero w połowie listopada; nie żeby było mi to jakoś szczególnie na rękę, czy coś. Tak strasznie chciałabym już to wszystko załatwić i czekać na placement!
Jednak pamiętam co poprzysięgłam sobie w czerwcu: byleby dostać świadectwo z dobrymi ocenami, a potem niech się dzieje wola nieba – nie będę chciała niczego więcej (w końcu najważniejsze było spełnienie wymagań organizacji).
Dlatego staram się nie myśleć za dużo i nie pocić się przy (nieudolnych) próbach przyspieszenia ruchu wskazówek zegara. Mam jeszcze dwa miesiące (równe, heh) do rozpoczęcia tego szaleństwa, więc póki co mogę rozkoszować się... szkołą? (ekhem, nie tak miałam dokończyć to zdanie).
W każdym razie, pewnie jeszcze będę przeklinała tygodnie spędzone w pełnym napięcia oczekiwaniu na host rodzinkę, więc chyba ostatecznie nie mam co ględzić. Nawet udaje mi się tłumić podekscytowanie (nie pytajcie jak, bo nie mam bladego pojęcia). Niby wiem, że mam przed sobą co najmniej dwie wizyty w stolicy, pełno wizyt u najróżniejszych lekarzy, wybieranie nauczyciela, który wystawi mi najlepszą opinię z możliwych (ehehehe) i - przede wszystkim - uzupełnienie tysiąca kartek aplikacji, ale z drugiej strony jakoś nie dociera do mnie, że dotyczy to właśnie mnie.
Te wszystkie lata, które spędziłam na przekopywaniu stron i for o wymianie, te wszystkie blogi, które czytałam z zapartym tchem... To wszystko zawsze wydawało się być takie odległe; znaczy się, doskonale wiedziałam, że pojadę - w końcu całe swoje życie podporządkowałam pod ten pomysł. Tylko że zawsze myślałam, że to jest zbyt daleka przyszłość, aby brać to na serio. A tymczasem... dwa miesiące.
Zostały mi dwa miesiące.
Btw. smarkam dalej, niż widzę.
All I want to do is be more like me and be less like you.
Linkin Park - "Numb", dubstep version.