sobota, 15 września 2012

dreaming is believing.


Cała papierkowa robota dotycząca wyjazdu do USA jako exchange zacznie się dopiero w połowie listopada; nie żeby było mi to jakoś szczególnie na rękę, czy coś. Tak strasznie chciałabym już to wszystko załatwić i czekać na placement! 
Jednak pamiętam co poprzysięgłam sobie w czerwcu: byleby dostać świadectwo z dobrymi ocenami, a potem niech się dzieje wola nieba – nie będę chciała niczego więcej (w końcu najważniejsze było spełnienie wymagań organizacji). 
Dlatego staram się nie myśleć za dużo i nie pocić się przy (nieudolnych) próbach przyspieszenia ruchu wskazówek zegara. Mam jeszcze dwa miesiące (równe, heh) do rozpoczęcia tego szaleństwa, więc póki co mogę rozkoszować się... szkołą? (ekhem, nie tak miałam dokończyć to zdanie). 
W każdym razie, pewnie jeszcze będę przeklinała tygodnie spędzone w pełnym napięcia oczekiwaniu na host rodzinkę, więc chyba ostatecznie nie mam co ględzić. Nawet udaje mi się tłumić podekscytowanie (nie pytajcie jak, bo nie mam bladego pojęcia). Niby wiem, że mam przed sobą co najmniej dwie wizyty w stolicy, pełno wizyt u najróżniejszych lekarzy, wybieranie nauczyciela, który wystawi mi najlepszą opinię z możliwych (ehehehe) i - przede wszystkim - uzupełnienie tysiąca kartek aplikacji, ale z drugiej strony jakoś nie dociera do mnie, że dotyczy to właśnie mnie.
Te wszystkie lata, które spędziłam na przekopywaniu stron i for o wymianie, te wszystkie blogi, które czytałam z zapartym tchem... To wszystko zawsze wydawało się być takie odległe; znaczy się, doskonale wiedziałam, że pojadę - w końcu całe swoje życie podporządkowałam pod ten pomysł. Tylko że zawsze myślałam, że to jest zbyt daleka przyszłość, aby brać to na serio. A tymczasem... dwa miesiące.
Zostały mi dwa miesiące.  



Btw. smarkam dalej, niż widzę. 


All I want to do is be more like me and be less like you. 
Linkin Park - "Numb", dubstep version. 

czwartek, 6 września 2012

cause i walk alone.

Kochałam moje gimnazjum. Owszem, miałam przez krótki okres czasu problem z chodzeniem do tej szkoły bez wyrywania sobie włosów z głowy ze stresu i rozżalenia. Doskonale pamiętam, jak siedziałam skulona w swoim wysłużonym fotelu i na myśl o mojej sytuacji towarzyskiej płakałam jak małe dziecko, któremu zabrano ulubioną zabawkę; przecież byłam w drugiej gimnazjum, ciemiączko już dawno mi zarosło, a tymczasem kompletnie zawaliłam rok i, na dobrą sprawę, po dziś dzień pielęgnuję blizny z tamtych dni.
Jednak teraz, w liceum,  jest zupełnie inaczej. Niedługo się stąd wyrwę (niecałe dziesięć miesięcy!), przez co czas płynie jeszcze wolniej, a ja kolekcjonuję wszystkie nieprzyjemne sytuacje z pieczołowitą dokładnością. Do niedawna byłam przekonana, że kiedy nadejdzie moment wyjazdu, moje serce nieomal pęknie z rozżalenia i smutku. Zastanawiałam się jak mam niby utrzymać kontakt ze wszystkimi znajomymi, gdy będę za oceanem. Teraz wydaje mi się to być tak nierealistyczne i tak odległe, jakby miało miejsce nie w tym stuleciu.
Wchodzę do tej małpiarni, jaką jest moja szkoła, i cierpię katusze. Wcale nie chodzi o naukę (może "uwielbiam" byłoby wyolbrzymieniem, ale na pewno bardzo lubię się uczyć), a o ludzi, których mijam dzień w dzień na korytarzu. Przestałam tam pasować jeszcze zanim się zaaklimatyzowałam, więc na dobrą sprawę ostatni raz czułam się swojsko wśród rówieśników w poprzednim wcieleniu, w gimnazjum. Użeram się z moją klasą, której ulubionym zajęciem jest obgadywanie siebie nawzajem i wychowawczynią, której hobbym jest utwierdzanie ucznia w przekonaniu, że jest idiotą (i wcale nie prowadzi jednego z kluczowych przedmiotów, z których będę zdawała maturę). Gdyby nie jedna bliska mi osoba (pokrewieństwo dusz i te sprawy), to zabiegałabym o nauczanie indywidualne i zamknięcie mnie w izolatce - zapewniam, że byłabym naprawdę szczęśliwa.

I’m sick of the past I can’t erase,
A jumble of footprints and hasty steps I can’t retrace.
Owl City - "Silhouette".